Portale społecznościowe zyskują coraz większą liczbę "fanów". Dlaczego tak się dzieje? Skąd to się wzięło? Na czym polega ich fenomen?
Na początku trzeba powiedzieć o innym fenomenie. Fenomenie który miał przyczynić się do poprawienia naszego życia, a tak naprawdę przyczynił się do - zamknięcia w czterech ścianach i ograniczenia kontaktów międzyludzkich do przysłowiowych 160 znaków w wiadomości SMS.
W tej niszy pojawiły się różnej maści portale, które miały przybliżyć do siebie ludzi, zbudować lokalne społeczności. Ale nie zaczęło się wcale od fotki, czy grona, ale wręcz przeciwnie. Pierwszym miejscem gdzie Internauci spotykali się, był Internet Relay Chat, czyli stary, zapomniany IRC. To tu jednocześnie można było porozmawiać z kolegą na drugiem terminalu, jak i znajomym z drugiego końca świata. I mimo, iż rozmowa nie przekazywała żadnych dodatków poza czystym tekstem - wiele osób popsuło sobie oczy przyglądając się w czarne okno terminala. IRC od samego początku był darmowy i pozbawiony reklam (nie licząc spamu który generowany jest przez samych użytkowników). W najlepszych czasach z sieci IRC korzystało miliony użytkowników, którzy później "przesiedli" się na tak zwane komunikatory - ICQ oraz nasze rodzime: gadu-gadu, tlen. W dziedzinie komunikatorów przełom nastąpił w roku 2003, kiedy świat opanowała moda na Skype. Jednak nagromadzenie w jednym systemie kilku "pamięciożernych" komunikatorów powodowało, iż ludzie stopniowo rezygnowali z jednych, na korzyść drugich. I tak społeczności szkolne, które spędzały czas na początku lat 90-tych na IRCu przesiadły się na różne komunikatory.
Można powiedzieć, iż od samego początku istniała poczta elektroniczna. Ale łatwość zmiany konta pocztowego powodowała również dosyć mocne zamieszanie wśród przyjaciół. Poza tym w mailu trzeba było zachować szczątkowe formy komunikacji, jakie znaliśmy z tradycyjnych listów. I pewną formę gramatyczno / treściową. Natomiast komunikatory stały się swoistą pogaduchą on-line, w których te formy zaczynały zanikać.







Dziś kolejny komputer potraktowany przez domorosłego informatyka trafił na mój "warsztat". Jak się okazało, pan "Kowalski" złapał w jakiejś promocji wirusa. Dodam, że Kowalski jest gościem tuż po trzydziestce. Więc niewiele myśląc poszedł do Nowaka z naprzeciwka w celu użyczenia synalka. Traf chciał, że synalek "zna" się (w/g siebie) na komputerach. Cóż się zatem stało. Przyszedł Jasiu Nowak do mojego Kowalskiego i zaczął grzebać, grzebać. Jako, że się "zna" robił wszystkie operacje na "żywym" systemie. Bez jakiegokolwiek pytania o to, czy Kowalskiemu pliki są potrzebne. Za pomocą magicznych programów pousuwał pliki systemowe, ponieważ mu "nie pasowały". Żeby być bardziej spokojny wyłączył aktualizację systemu (bo zżerała za dużo mocy procesora) i zaporę systemu (bo to badziewie). W zapomnienie poszedł również program antywirusowy (bo ma lepszy i to z krakiem). Po czym zaczął szukać w sieci odpowiedniej "szczepionki". Na jakimś równie roztargnionym jak on forum znalazł "cudowną radę" i link do "cudownego programu".